Tak więc jestem już za półmetkiem moich praktyk wakacyjnych po 1 roku lekarskiego. Praktyki robię na chirurgii. W piątek udało nam się pierwszy raz wyrwać z oddziału na blok. Założyliśmy jednorazowe fioletowe wdzianka, blokowe zielone buty (niebanalny dobór kolorystyczny!), czepki, maseczki i wtargnęliśmy na salę, żeby przez bite dwie godziny stać i nie do końca wiedzieć na co patrzeć. Generalnie sporo rzeczy wartych wspomnienia wydarzyło się dotąd na oddziale, postaram się coś w następnych postach o nich napisać.
Doszliśmy [my, czyli nasze oddziałowe grono praktykantów] do wniosku, że przymocowanie pacjenta do wyciągu (nasze obserwacje we wszystkich przypadkach dotyczyły złamań kończyny dolnej) negatywnie wpływa na kondycję psychiczną pacjentów, zorientowanie w miejscu i czasie, wewnętrzny spokój i równowagę. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy podczas stosowania tych wyciągów pacjenci nie dostają jakichś leków, po których im ostro odwala, mimo, że wcześniej byli w całkiem niezłym stanie. A może to tylko przez wiek wszystkich tych pacjentów (65+), w którym ma prawo komukolwiek od czasu do czasu odwalić. Ale wracając do naszej próby badawczej; otóż pani nr 1 przez kilka dni chciała wstawać z łóżka, żeby pójść do kuchni (?) po paczkę (nie dam głowy, ale chyba z darami od rodziny z USA). To były moje pierwsze dni praktyk. Sąsiadka pani nr 1, pani nr 2 nieustannie, kiedy tylko zauważyła kogoś w okolicy, prosiła, żeby zdjąć jej okulary. Niewiele dało tłumaczenie pani, że nie ma nigdzie żadnych okularów, pani wciąż i wciąż prosiła, żeby je ściągnąć, bo jej okrutnie przeszkadzają. Dopiero po jakimś czasie koleżanka uświadomiła nas, że owa pani okularami nazywa odrutowanie (drut, gwóźdź, klamrę, cokolwiek to było, jakkolwiek się nazywa) przeszywające pani nogę w miejscu przymocowania do wyciągu. Trzecią lokatorkę sali nr 1, panią nr 3 też dopadła klątwa wyciągu, z tym że na inny sposób. Pani pewnego dnia odmówiła wszelkiej współpracy, nie zgadzała się na badanie ciśnienia, cukru, na cokolwiek, aż do pani przysłano kogoś z psychiatrii. 10 minut później pani z uśmiechem na twarzy pozwoliła nam na zrobienie EKG. Pani nr 4 ze złamaniem kości udowej i biodrowej (chyba), którą zapamiętałam głównie z tego, że ze 3 razy próbowała nam wcisnąć pieniądze do kieszeni za wszelkie usługi medyczno-sanitarne, dzielnie opierała się klątwie wyciągu, rozmawiając z nami zawsze bardzo rzeczowo. Aż pewnego dnia, kiedy zawołaliśmy do pani lekarza z powodu przeciekającego drenu, pani równie rzeczowo powiedziała, że ta krew nie jest jej, że ją jej przetoczyli na SORze. Wspomnę tu jeszcze jedną ofiarę wyciągu, niewidomego, sympatycznego pana, chyba emerytowanego architekta, sądząc po tym co mówił, kiedy nie wiedział co mówił. Przy panu przesiadywała p. Krysia, jego żona, emerytowana lekarka. Pan podobno bardzo szalał, tylko wieczorami i nocami, także nie byliśmy naocznymi świadkami tych szaleństw, a za dnia był dystyngowanym (w zachowaniu, bo w wyglądzie było to awykonalne w warunkach szpitalnych, w pana stanie), szarmanckim starszym panem. Jednak musiał się trochę dać personelowi we znaki, bo pewnego ranka zastaliśmy pana przywiązanego pasami do łóżka. Ów jegomość przysporzył nam wiele radości, bo jedna z naszych współpraktykantek nieopatrznie przyznała się panu jak ma na imię i do końca tegoż dnia po oddziale roznosiło się wołanie pana "Aniu, Aniu! (momentami nawet niuniu) Zadzwoń po Krysię, żeby przyniosła potas". Niestety pan miał problemy z sercem i pewnego ranka zamiast niego zastaliśmy na oddziale faceta w czarnym garniturze i zapłakaną p. Krysię.