poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Opętany sprzęt ortopedyczny

Tak więc jestem już za półmetkiem moich praktyk wakacyjnych po 1 roku lekarskiego. Praktyki robię na chirurgii. W piątek udało nam się pierwszy raz wyrwać z oddziału na blok. Założyliśmy jednorazowe fioletowe wdzianka, blokowe zielone buty (niebanalny dobór kolorystyczny!), czepki, maseczki i wtargnęliśmy na salę, żeby przez bite dwie godziny stać i nie do końca wiedzieć na co patrzeć. Generalnie sporo rzeczy wartych wspomnienia wydarzyło się dotąd na oddziale, postaram się coś w następnych postach o nich napisać.

Doszliśmy [my, czyli nasze oddziałowe grono praktykantów] do wniosku, że przymocowanie pacjenta do wyciągu (nasze obserwacje we wszystkich przypadkach dotyczyły złamań kończyny dolnej) negatywnie wpływa na kondycję psychiczną pacjentów, zorientowanie w miejscu i czasie, wewnętrzny spokój i równowagę. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy podczas stosowania tych wyciągów pacjenci nie dostają jakichś leków, po których im ostro odwala, mimo, że wcześniej byli w całkiem niezłym stanie. A może to tylko przez wiek wszystkich tych pacjentów (65+), w którym ma prawo komukolwiek od czasu do czasu odwalić. Ale wracając do naszej próby badawczej; otóż pani nr 1 przez kilka dni chciała wstawać z łóżka, żeby pójść do kuchni (?) po paczkę (nie dam głowy, ale chyba z darami od rodziny z USA). To były moje pierwsze dni praktyk. Sąsiadka pani nr 1, pani nr 2 nieustannie, kiedy tylko zauważyła kogoś w okolicy, prosiła, żeby zdjąć jej okulary. Niewiele dało tłumaczenie pani, że nie ma nigdzie żadnych okularów, pani wciąż i wciąż prosiła, żeby je ściągnąć, bo jej okrutnie przeszkadzają. Dopiero po jakimś czasie koleżanka uświadomiła nas, że owa pani okularami nazywa odrutowanie (drut, gwóźdź, klamrę, cokolwiek to było, jakkolwiek się nazywa) przeszywające pani nogę w miejscu przymocowania do wyciągu. Trzecią lokatorkę sali nr 1, panią nr 3 też dopadła klątwa wyciągu, z tym że na inny sposób. Pani pewnego dnia odmówiła wszelkiej współpracy, nie zgadzała się na badanie ciśnienia, cukru, na cokolwiek, aż do pani przysłano kogoś z psychiatrii. 10 minut później pani z uśmiechem na twarzy pozwoliła nam na zrobienie EKG. Pani nr 4 ze złamaniem kości udowej i biodrowej (chyba), którą zapamiętałam głównie z tego, że ze 3 razy próbowała nam wcisnąć pieniądze do kieszeni za wszelkie usługi medyczno-sanitarne, dzielnie opierała się klątwie wyciągu, rozmawiając z nami zawsze bardzo rzeczowo. Aż pewnego dnia, kiedy zawołaliśmy do pani lekarza z powodu przeciekającego drenu, pani równie rzeczowo powiedziała, że ta krew nie jest jej, że ją jej przetoczyli na SORze. Wspomnę tu jeszcze jedną ofiarę wyciągu, niewidomego, sympatycznego pana, chyba emerytowanego architekta, sądząc po tym co mówił, kiedy nie wiedział co mówił. Przy panu przesiadywała p. Krysia, jego żona, emerytowana lekarka. Pan podobno bardzo szalał, tylko wieczorami i nocami, także nie byliśmy naocznymi świadkami tych szaleństw, a za dnia był dystyngowanym (w zachowaniu, bo w wyglądzie było to awykonalne w warunkach szpitalnych, w pana stanie), szarmanckim starszym panem.  Jednak musiał się trochę dać personelowi we znaki, bo pewnego ranka zastaliśmy pana przywiązanego pasami do łóżka. Ów jegomość przysporzył nam wiele radości, bo jedna z naszych współpraktykantek nieopatrznie przyznała się panu jak ma na imię i do końca tegoż dnia po oddziale roznosiło się wołanie pana "Aniu, Aniu! (momentami nawet niuniu) Zadzwoń po Krysię, żeby przyniosła potas". Niestety pan miał problemy z sercem i pewnego ranka zamiast niego zastaliśmy na oddziale faceta w czarnym garniturze i zapłakaną p. Krysię.

wtorek, 24 maja 2016

Studia

Mimo, że aktywnością tutaj nie grzeszę, udało mi się napisać dotąd dwa posty; dostałam kilka pytań. Wszystkie dotyczyły studiów. Jak na razie nie chciałam o tym pisać, bo to bardzo świeży temat. Póki co żyję od kolokwium do kolokwium, dołożyłam sobie w tym roku też masę obowiązków, spraw niezwiązanych ze studiami i do końca roku chcę się z tymi wszystkimi rzeczami rozprawić, zastanowić się, co ja tak na prawdę o moich studiach myślę i dopiero wtedy coś o nich zacząć pisać. Także daję sobie czas do sierpnia, wtedy zaczynam praktyki i (o ile nie będę się uczyć do poprawek we wrześniu) będę miała czas na napisanie czegoś poważniejszego.


niedziela, 27 marca 2016

Nostalgia, beton i grunge

Duszę się, kiedy wracam do domu. Przez pierwszą, czasem dwie pierwsze noce. Jestem z miasta, ale małego, w dodatku mój dom znajduje się na przedmieściach, a rejon jest uznawany za względnie czysty. Także różnica jakości powietrza, między miejscem w którym obecnie mieszkam, a tym w którym się urodziłam i robiłam wiele innych rzeczy - dodam, że w punktu wiedzenia astmatyka – jest znaczna. Żeby nie użyć słowa kolosalna, bo nie podoba mi się jego architektura.

Wróciłam w czwartek. Wczoraj już mogłam otworzyć okno, chociaż dalej trochę bolą mnie płuca. No tak, płuca nie bolą, moja mama tłukła mi to do głowy od kiedy byłam w stanie cokolwiek zrozumieć i zaczęłam się skarżyć na trudności losu. Nadal mi wszystko jedno, opłucna, cokolwiek, nie ważne. Tak mi zostało, wciąż uważam, że słowo ból jest akuratne na opisanie prawie każdej nieprawidłowości. Kłuje, piecze, uciska – jakbym miała zastanawiać się nad definicją wszystkich tego typu określeń, a później jeszcze je dopasować, wybrać odpowiednie. Nie, to by mi zajęło wieki. Nie wiem, jak ci wszyscy ludzie robią to tak automatycznie.

A więc zmierzałam do tego, że powietrze jest bardzo świeże na zewnątrz. I jest cicho. Słychać jakieś drobne, dziobate zwierzęta, nigdy specjalnie nie znałam się na gatunkach ptaków. I co parę minut jakieś pojedyncze samochody, droga przy której mieszkam stała się dość nieruchliwa w ciągu ostatniej dekady. Kiedyś miała status drogi wojewódzkiej, lata temu, co było dziwnym pomysłem biorąc pod uwagę jej kameralną szerokość. Później w 1999 województwo o bardzo ładnej nazwie przestało istnieć, wchłonięte przez dwa inne. Droga jeszcze parę lat była intensywnie użytkowana, ale z czasem ludzie przestali z niej korzystać jako z drogi przelotowej. Nasze dwa Ś.P. koty chciałyby dożyć tych czasów.

Nie będę wstawiać tu opisów krajobrazu w tolkienowskim guście, żeby nie zniechęcić Was już w pierwszych postach, chociaż sama jestem ich ogromną fanką, nie ominęłam żadnego wiersza. Ale skoro powiedziałam już parę zdań o moim mieście, szkoda nie dołożyć kilku kolejnych. Zielono-szare – kiedyś, po kolejnej analizie tego co o nim myślę, jak je widzę, stwierdziłam, że tak mogłabym je opisać w wielkim skrócie. Może nie do końca takie jest teraz, ale takie było kiedy zaczynałam szkołę, taki obraz utkwił mi w głowie i tak prawdopodobnie już zostanie.

Parę godzin później. Przyjechała do mnie JJ i skończyłam z nią oglądać Pink Floyd The Wall. Zaczęłam wczoraj w nocy, ale przerwałam po paru minutach. W toku naszej przygody z kinem utworzyłyśmy z siostrą specjalną kategorię „tych filmów”. W tę kategorię wpisywała się do dzisiaj Ściana. Trudno mi w tej chwili określić, jak dawno sięga geneza ów kategorii, zwłaszcza, że utworzyłyśmy ją z siostrą niezależnie. Musiała powstać w czasach, kiedy powszechne stało się oglądanie filmów online, czyli w moim przypadku było to gdzieś na początku gimnazjum. I ja i siostra przez to ułatwienie dostępu do filmów zaczęłyśmy czytać więcej recenzji filmów, niż byłyśmy w stanie ich oglądnąć. W pewnym momencie zorientowałyśmy się, że obie wyodrębniłyśmy kategorię filmów, których jeszcze nie widziałyśmy, chcemy je zobaczyć, ale są na tyle specyficzne, że ciężko nam się za nie wziąć. Co to znaczy specyficzne? Trudne, czasem zbyt ambitne, czasem jakieś bardzo niszowe, psychodeliczne, alternatywne, czasem po prostu odstręczał nas ktoś z obsady. Filmy które chciałyśmy zobaczyć, bo wiedziałyśmy że są prawdopodobnie bardzo dobre, ale miały w sobie jakiś element, przez który kilkukrotnie odkładałyśmy seans w czasie. Czytałyśmy wiele ich recenzji, widziałyśmy trailery, czytałyśmy komentarze pod filmami, a zapytane o nie mogłyśmy opowiedzieć o czym są, mimo że ich nie widziałyśmy. Nazwałyśmy je później „tymi filmami”, a zobaczony wreszcie „ten film” wypadał z kategorii. Ciekawa jestem, czy inni ludzie też mają własny zbiór „tych filmów”.





Dlaczego moje miasto jest zielono-szare? Nie trudno się domyślić, nic twórczego tu nie wymyśliłam. Często określa się miasta jednym z tych przymiotników. Zielone miasta – dość oczywiste -  takie w których jak sama nazwa wskazuje dobrze rozwinięta jest zieleń miejska, są czyste, przyjazne dla rodzin z dziećmi. Szarymi określa się najczęściej te uprzemysłowione, zatłoczone, zaśmiecone, z wielkimi blokowiskami. Moje miasto miało (zwłaszcza kiedyś) trochę z obu tych określeń, taka drobna sprzeczność, że część wspólna wyrażeń rozłącznych nie jest zbiorem pustym. Czy jest zielone – jest, jak wszystkie małe miasta, a dodatkowo w moim efekt ten jest spotęgowany dość trudnym ukształtowaniem terenu. Pełno tu wyniosłości, wzgórz, wąwozów, skarp, podmokłych terenów, przez co w samym centrum można znaleźć kilka „dzikich” miejsc, których nie opłaca się gospodarować pod cokolwiek. Dlaczego szare – to ewidentnie zostało mi z czasów dzieciństwa, którego wczesny okres przypadał na lata ’90 i początek XXI w. Pamiętam masę rozsypującego się betonu. Liczne ulice (głównie te poboczne) wyłożone wielkimi betonowymi płytami, betonowe blokowiska z wielkiej płyty w centrum miasta, nieopodal kilku-skrzydłowy szpital w podobnym guście, a pomiędzy należącymi do niego pawilonami drogi, chodniki i miejsca parkingowe z betonowych płyt. Niekryty basen, którego okres świetności przypadał na lata ’60, a w czasach, które ja pamiętam był odrapaną, sypiącą się betonową dziurą, na dnie której było jeszcze więcej betonu w kilku mokrych miejscach porośniętego pałką. Betonowe boiska do koszykówki na które mój naście lat starszy brat chodził grać w kosza. Michael Jordan był wtedy idolem wielu dzieciaków. Wszechszarość potęgowała jeszcze muzyka, z którą miałam do czynienia za sprawą starszego brata i jego znajomych. Był to głównie rock, alternatywa, metal, grunge, którego fala zalała świat po wydaniu w ’91 przez Pearl Jam i Nirvanę dwóch genialnych płyt – „Ten” i „Nevermind”; dotarła też finalnie do Polski i swoje żniwa zbierała jeszcze na początku XXI wieku. Z czasem szary beton zaczął znikać, płyty na drogach zastąpił asfalt, ruiny basenu zrównano z ziemią i na ich miejscu wybudowano nowy basen, na boiskach położono nowoczesne, kolorowe nawierzchnie, elewacje bloków też zyskały nowe życie. I mimo, że sporo z tej dawnej szarości gdzieś tam zostało wchłonięte w toku napływu funduszy do rejonu, to dla mnie moje miasto zostanie już takie, jakie je widziałam dawniej. Czy w ogóle lubiłam ten mój obraz miasta, trochę subiektywny, trochę obiektywny? Powiem tylko tyle, że do dzisiaj moje ulubione kolory to zielony i szary. 




Przeczytałam mój post przed wrzuceniem go tutaj. Może od razu wyjaśnię, że JJ i moja siostra to dwie różne osoby, z tekstu nie wynika to jasno. 





środa, 23 grudnia 2015

Wyszło tak jak zwykle

Zdarzało mi się w przeszłości czytać blogi, o różnej tematyce. I zawsze powtarzałam sobie nie, sama nigdy się za to nie wezmę. Co w takim razie tutaj robię? No cóż, jestem typem osoby, która bardzo dokładnie planuje wiele rzeczy w swoim życiu... i zazwyczaj na tych planach swoje przedsięwzięcia kończy. Także planując nie-zakładanie bloga mogłam się spodziewać jak się to wszystko skończy :D

Kilka słów o mnie:

dziewczyna, która opuściła rodzinny dom w pogoni za wykształceniem
obserwator w indywidualista
raczej introwertyk, ciekawy świata, analityczny i wnikliwy, ceniący sobie niezależność
prywatnie miłośniczka powieści fantasy, dramatów, thrillerów i filmów psychologicznych
fanka produkcji Studia Ghibli
zasłuchana w muzyce lat 70'-90'
w wolnym czasie oglądająca siatkówkę, ręczną, tenis
uwielbiająca dania z cukinii i miętowe lody
zafascynowana raczej bliskim i dalekim wschodem i południem, aniżeli zachodem
pozornie realistko-pesymistka, a jednak optymistka, która nie lubi się z tym afiszować
pesymiście bowiem łatwiej znosić porażki
Wilga.

Serdecznie zapraszam do czytania :]